Mam taka wiewiórkę co dobrze poinformowana jest i czasem dzieli się swoją wiedzą. Późną wiosną 2015 r. wiewiórka zameldowała, że młody Morawiecki będzie superministrem w kaczym rządzie. Na moje powątpiewanie co do wyników wyborów w ogóle, a osoby młodego M. w szczególności wiewiórka stwierdziła: Kaczor wygra i młody M. będzie superministrem.

Jesienią słowo ciałem się stało, a wiewiórka jeszcze bardziej mnie zaskoczyła, bo tym razem to ona mnie zapytała - co sądzę o Księciuniu jako minzdrawie?

Moje relacje z wiewiórką zawsze polegały na wymianie prawdziwych poglądów. Mogliśmy pewne rzeczy przemilczeć, ale kiedy otwieraliśmy gęby to zawsze mówiliśmy to co naprawdę myślimy. Tak było mi tym razem – powiedziałem co myślę o Księciuniu i nie było to zbiorem pochwał, delikatnie mówiąc. Wiewiórka posmutniała i powiada: i ja tak myślę i martwię się. Myślałem, że to będzie koniec omawiania wątpliwych walorów nowego minzdrawa, ale myliłem się. Wiewiórka zaczęła opowiadać wiele złego o Księciuniu, oraz to, że Księciunia mocno protegował Kaczafiemu… Gowin i zdaniem wiewiórki jest to celowe działanie obliczone na skompromitowanie Erpla do przyszłych wyborów…

Po owocach ich poznacie pomyślałem sobie… No i wychodzi na to, że wiewiórka miała rację. Pierwszym „owocem” jest ustawa z dnia 23 marca 2017 r. o zmianie ustawy o świadczeniach opieki zdrowotnej finansowanych ze środków publicznych[DU 2017 poz. 844] powszechnie znaną jako ustawa o sieci szpitali. Tekst jednolity tego zmienionego wspomnianą ustawą gniota, zwanego ustawą o świadczeniach opieki zdrowotnej finansowanych ze środków publicznych  jest dostępny tu: http://isap.sejm.gov.pl/DetailsServlet?id=WDU20160001793

Nie wchodzą w szczegóły – co nowego w stosunku do czasów poprzedniej władzy zawiera nowy gniot? Podstawowym elementem jest podział szpitali, tzw. publicznych, czyli upraszczając - państwowych, na kilka stopni referencyjnych, poczynając od najmniejszych czterooddziałowych rejonowych po szpitale kliniczne. Najważniejsze jest jednak to jakie z tych szpitali mogą wejść do „sieci”. Ano tylko takie co miały wcześniej przynajmniej dwuletni kontrakt z NFZem. Szpitale trzech pierwszych stopni i pediatryczne, aby wejść do księciuniowej sieci muszą również posiadać SOR (Szpitalny Oddział Ratunkowy). Ten warunek praktycznie ostatecznie wyklucza szpitale prywatne, dotychczas mające kontrakty z NFZem jak i wszystkie nowe szpitale, choćby były najbardziej publiczne z możliwych(sic!).

Szpitale wchodzące do sieci muszą też zorganizować nocną i świąteczną obsługę chorych na poziomie specjalistycznym. Istnieją wprawdzie wyjątki od tej reguły ale nieliczne. Po co ten warunek? Ano po to, aby uleczyć obecne znaczne braki w tej materii.  Do tego tematu jeszcze wrócę, bo w mojej ocenie będzie to poważny punkt zapalny.

Pieniądze na to wszystko ma zapewnić, póki co, NFZ. W wypadku szpitali sieciowych ma to być 91% kwot przeznaczanych dotychczas na procedury szpitalne i ok. 37% dotychczasowego budżetu na AOS (Ambulatoryjną Opiekę Specjalistyczną). Największą rewolucją jest sposób finansowania!

Dotychczas wyglądało to tak, że szpital leczył tylu chorych na ile starczało pieniędzy z umowy kontraktowej, co generowało wieloletnie kolejki przy niewykorzystanych „mocach przerobowych” Poza chorymi „planowymi” szpitale musiały pewnych chorych przyjąć, mimo, że nie miały kasy na ich leczenie co generowało tzw. nadwykonania, a NFZ albo w końcu płacił za nie albo i nie.

Nowy system finansowania jest inny. Płatność następuje jednorazowo na początku roku w kwocie łącznej sumy wypłaconej w 2015r + korekta za różnice cen procedur w latach 2016-2017 (korekta, jak to korekta - może być w górę i może być w dół). Najistotniejsze jest to, że pieniędzy w systemie nie przybywa i nie jest optymalizowana ich dystrybucja oraz brak jest dyscyplinowania wydatków.

Powie ktoś, że to świetny system, jest budżet, wiemy ile mamy kasy w kasie i gospodarujmy tym sami,  bez obawy o widzimisię przysłowiowej pani Dziuni z NFZtu. Odpowiem sposobem preferowanym przez „naród handlowy”, czyli pytaniem na pytanie? Po jakiego grzyba Erpel czyści Sąd Najwyższy? Bo uznał, że z dotychczasowym składem daleko nie zajedzie. Wymiana sędziów Sądu Najwyższego nie jest trudna, setka sędziów z niższych instancji z 10-letnim stażem zawsze się znajdzie. Problem w tym, że muszą oni inaczej myśleć niż dotychczasowa „kasta”, a o takich znacznie trudniej.

Podobnie jest z kadra zarządzającą szpitalami, niestety nie przewidziano wyczyszczenia dotychczasowych dyrektorów. Nowa ustawa nie zmieni sposobu myślenia, a ten często opiera się na prostej zasadzie – pilnować stołka i garnąć jak najwięcej pod siebie. Czy złodziej przestanie być złodziejem kiedy zamiast po 2-3mln/miesięcznie dostanie jednorazowo 30mln???

Myślmy pozytywnie - idzie dobra zmiana - załóżmy, że kierujący szpitalem to anioł, który dostaje drgawek na samą myśl, że mógłby coś przytulić. Zaraz ustawią si e do niego wycieczki pań pielęgniarek i panów lekarzy, że woleli by więcej zarabiać. Daj podwyżkę bo masz z czego! Da – to już po budżecie, nie da - będzie konflikt z załogą.

W Polsce nie ma wyspecjalizowanej kadry zarządzającej jednostkami szpitalnymi. Dyrektor-lekarz nie ma pojęcia o zarządzaniu, pojęcie kontrolingu zarządczego jest dlań bajką o żelaznym wilku, a dyrektor-nielekarz nie ma zielonego pojęcia o specyfice ochrony zdrowia. Znam konkretnego durnia, który w ramach cięcia kosztów zakupił za psie grosze dużą ilość lateksowych rękawiczek diagnostycznych i ogłosił sukces ekonomiczny. Nie wziął jednak pod uwagę tego, że z racji podłej jakości zużycie rękawiczek wzrosło trzykrotnie, co z zysku wygenerowało stratę. Dodatkowo dyrektor-idiota stracił chirurga i anestezjologa – małżeństwo, które odeszło z pracy z powodu uczulenia na lateks i teraz skarży szpital o gigantyczne odszkodowanie. Per saldo dyrektor-ekonomista wydał dotychczas prawie trzy razy więcej forsy niż gdyby kupił porządne rękawiczki nitrylowe, a największy wydatek przed nim, bo proces najprawdopodobniej przegra. 😊

Nowoczesne zarządzanie bez informatyzacji nie istnieje. HIS, czyli Hospital Informatic System to podstawa. Jak to wygląda w praktyce? O zarządczych systemach informatycznych typu HIS mało kto w Polsce słyszał. Systemy takie są już dostępne, ale często nijak nie pasują do postkomunistycznej ochrony zdrowia. HISy działają w kilku jednostkach, ale o ich powszechności jeszcze długo nie będzie mowy. Teraz na tapecie jest elektroniczna historia choroby która załatwia wyłącznie dokumentację stricte medyczną. EHC powinna być zintegrowana z systemem zarządczym, w realiach byłego PRLu może kiedyś będzie i kiedyś zostanie zintegrowana, może... Dzisiaj EHC działa sobie, system księgowo-płacowo-magazynowy sobie, system kadrowy sobie. Cięzko zarobione przez szpital pieniądze wyżerają informatycy przenosząc na piechotę dane z systemu do systemu.

Informatyzacja szpitali(EHC) w praktyce wygląda tak, że w pewnym szpitalu o najwyższym stopniu referencyjności ośmiu lekarzy ma do dyspozycji dwa(sic!) stanowiska sieciowe, na których zrobienie jednego wypisu potrafi pochłonąć 1,5 godziny ze względu na przeciążenie sieci. Żeby było śmieszniej - w magazynie leżą od dwóch lat nowe-stare komputery, bo wydolność etatowych jaśnie panów informatyków to dwa montaże dziennie, a zamontować trzeba by kilkanaście dziennie, wyłącznie żeby utrzymać bieżący stan sieci. Szczegółem nieważnym uwagi jest… cena jednego nowego-starego komputera,  dwukrotnie wyższa niż cena detaliczna w sklepie, obowiązująca przy zakupie jednej sztuki, co w „kraju zdrowego rozsądku” spowodowałoby szybkie śledztwo i odstrzelenie wszystkich odpowiedzialnych za takie interes, z naczelną dyrekcją włącznie. Strat generowanych przez szpitalną sieć nikt nie liczy! Po pierwsze, dyrekcja nie widzi problemu, po wtóre nie wpadła na pomysł, że 1,5 godziny na wypis to dodatkowe koszty. W innym szpitalu podobnie wielkim i jeszcze wspanialszym wygenerowano ponad 60.000PLN strat przetrzymując ponad trzy tygodnie chorego, który był wyleczony, ale wymagał przeniesienia do zakładu opiekuńczego. Ów wielki i wspaniały szpital był tak wspaniały, że zatrudnił specjalną panią Dziunię do załatwiania takich spraw socjalnych. Pani Dziunia, mgr pielęgniarstwa, poszła jednak w tym czasie na urlop. Zaprawdę powiadam wam – genialna organizacja pracy.

AOS, do stworzenia której obliguje szpitale sieciowe ustawa made by Księciuniu & Co to kolejna bombka z opóźnionym zapłonem. Obecnie chory wypisany ze szpitala po zabiegu operacyjnym z zaleceniem dalszego leczenia w poradni chirurgicznej idzie do publicznej poradni chirurgicznej gdzie proponują mu wizytę u chirurga za… miesiąc. Co ma zrobić chory któremu trzeba zdjąć szwy za dwa dni? Nie wnikam w to, że w krajach zdrowego rozsądku takie szwy usuwa lekarz rodzinny. W PL ma to zrobić chirurg, ale ponieważ w AOS dostęp do chirurga jest za miesiąc więc Księciuniu i spółka wymyślili, że przy szpitalu sieciowym ma powstać taka poradnia chirurgiczna co po dwóch dniach zdejmie szwy.

Zadajmy sobie pytanie – dlaczego termin do chirurga w „miejskiej” AOS był „za miesiąc”? Bo jest tam jeden chirurg który ma tylu pacjentów, że tego poszpitalnego nieszczęśnika może przyjąć za miesiąc. Gdyby było tam 5-ciu chirurgów to pacjent nie czekałby miesiąca, ale faktycznie trafiłby do chirurga w wyznaczonym terminie. Dlaczego nie ma tam 5-ciu chirurgów? Przyczyny są dwie: pieniądze i brak chirurgów. Czy w przyszpitalnej AOS będzie więcej pieniędzy i zatrudni się więcej chirurgów? Pieniędzy nie będzie więcej, ale w szpitalach są rezydenci. Rezydent to taki gość który zarabia 2200-2500PLN i uczty się, w tym wypadku „na chirurga”. Ponieważ chce się nauczyć jak najszybciej, żeby zacząć więcej zarabiać więc siedzi cicho i robi co mu każą. Nie ma więc obawy, że w przyszpitalnej AOS, a właściwie AOR (R jak Rezydent) będzie lekarz, ale nie będzie chirurga. Czyli jakość usługi będzie niższa. Już dzisiaj bywają rezydenci którzy pracują ponad 300h miesięcznie. Skazani na AOS pójdą, ale nie chciałbym aby zdejmował mi szwy facet który trzecią dobę nie śpi!

Jest jeszcze wiele innych, podobnych „pułapek” w księciuniowej ustawie, ale nie będę nimi zanudzał. Jedno jest pewne – szpitale sieciowe, zarządzane jak dotychczas wydłużą kolejki, sowodują większe marnotrawstwo środków i większe złodziejstwo. Towarzyszyć temu będzie Istotne obniżenie jakości usług. Największe szpitale, czyli te w których jest największy bałagan i najwyższe straty dostana największe pieniądze. Najmniejsze szpitale, znacznie łatwiejsze do zarządzania, często gwarantujące chorym wyższą jakość usług niż te olbrzymu dostaną najmniejsze pieniądze i mają diżą szansę zbankrutować. Dal organów założycielskich nie będzie to problem bo ustawa o działalności leczniczej autorstwa pani Kopacz-na-metr-w-głab zniosła przykry obowiązek organu założycielskiego szpitala publicznego, czyli obowiązek zapewnienie opieki medycznej ludności tubylczej w wypadku bankructwa szpitala publicznego. Dlatego, jeżeli moje czarne przewidywania sprawdzą się, to Kaczor przegra wybory w 2019, a szkoda, bo za Kaczafiego i Ziobry kradną trochę mniej niż za Arłuka i Neumana.

xylen

 

Zamiast wstepu

Pomimo, że nie byłem i nie jestem bezkrytycznym fanem obecnej „wadzy”, to wraz moją kartką wyborczą dałem jej duży kredyt zaufania. Od początku ich działań obserwuję dość dokładnie co robi kredytowana przeze mnie „wadza” i bilans tych obserwacji powoduje zmniejszenie kwoty kredytu. Obecnie nie widzę jeszcze zagrożenia dla ich „zdolności kredytowej” w moim banku zaufania, ale prognozę z A+ zmieniam obecnie na B z tendencja neutralna.

Nie jestem ekspertem od rynku farmaceutycznego, nie mam własnej apteki i nawet nie mam apteki „w rodzinie”. „Siedzę” jednak od kilkudziesięciu lat w branży medycznej, wiec siła rzeczy obserwuję, nieprofesjonalnym okiem wprawdzie, co się dzieje na rynku farmaceutycznym w PL. Wnioski z tych obserwacji mam raczej niewesołe.

 

Jak się robi „wały”, czyli moralność w biznesie farmaceutycznym.

Pierwsze moje obserwacje przeprowadzałem w latach 60-tych. Warto przypomnieć, że lata 60-te XX w. to były takie dziwne czasy kiedy za „wał w mięsie” niejaki Wawrzecki dostał KS i Rada Państwa nie skorzystała z prawa łaski! Ergo - powiesili chłopa.

Dzisiaj pewnie mało kto pamięta z tamtych lat „aferę Gnata i Potockiego”, którzy to panowie zakupili „centralnie” taki zapas leków psychiatrycznych, że znaczna część tego zakupu przeterminowała się. Ponieważ panowie ci urzędowali na Miodowej zapewne nie kupowali zapasu bezinteresownie. KS-a nie dostali.

Po roku 89’ apteki „sprywatyzowały się” i powstał rzekomo wolny rynek leków. Przez blisko 10 lat aptekarze bogacili się i dobrze. Niestety, państwo niewiele z tego miało, bo producenci - rekiny farmaceutyczne - doili to państwo ile się dało. Jaka była skala tego „udoju”? Gigantyczna!!!

Weźmy np. taki detralex. Producentem tego cuda była firma S. o której to firmie złe języki mówiły, że korupcja jest ich oficjalną metodą lobbingu i są w tym najlepsi. Repy (reprezentanci) firmy S. jeździły po dochtorach i cuda na drągu opowiadały o detralexie. Przy okazji instruowały dochtorów jak ulżyć finansowo pacjentowi. Opakowanie detralexu kosztowało wtedy ponad 100PLNów, ale wypisanie go na zielonej(100% bezpłatnej recepcie) powodowało, że chory otrzymywał detralex za friko. Korumpowano więc dochtorów żeby pisali na „zielonym” masowo. Dochtory dawały się korumpować kilkoma długopisami. Producent detralexu wystawiał polskiemu państwu rachunek na 100%, a państwo, czyli MY, płaciło jak za zboże. Firma S. zgarnęła w ten sposób gruuuube miliony PLNów z naszych polskich kieszeni. Państwo spało.

Teoretycznie, po likwidacji „zielonych” recept finansowy sukces firmy S. szlag jasny trafi powinien – nic takiego się nie stało. Nawet powołanie do życia Kas Chorych w 98’ nie przyniosło uszczerbku firmie. W końcówce lat 90-tych nad detralexem zaczęły gromadzić się czarne chmury, ale we Francji. Zaczęły się odzywać głosy, że ten cudowny lek w ogóle nie działa. Ostatecznie, we Francji skreślono go z listy leków w 2005r. Państwo polskie nadal spało!

Firma S., czując pismo nosem, zintensyfikowała „działania lobbingowe” w Polsce. Rozochocona dotychczasowym „sukcesem” handlowym wpadła na genialny w swojej prostocie pomysł… rozszerzono wskazania dla użycia detralexu na… chorobę hemoroidalną!!!

Chorobę hemoroidalną, zwana w slangu medycznym żylakami odbytu, ma co drugi polski obywatel po 35 r.ż. Choroba hemoroidalna nie boli więc jest zazwyczaj lekceważona przez pacjentów, do czasu pierwszego zakrzepu guzków krwawniczych(hemoroidów), który jest koszmarem dla chorego. Każdy kto miał okazję poznać tę „przyjemność” wyda ostatnie pieniądze za wyleczenie tej choroby. Na tym prawdopodobnie oparto w firmie S. pomysł z detralexem jako „lekiem na hemoroidy”

Problem w tym, że detralex nie leczył choroby hemoroidalnej. Podobnie, nie leczył żylaków kończyn, do leczenia których był masowo stosowany. Nie przeszkadzało to „szpecom” od detralexu wciskać ciemnotę, że leczy żylaki KD i żylaki odbytu, ale te ostatnie dopiero w 6-cio krotnie większej dawce. Marketingowe mistrzostwo świata! Tym bardziej, że detralex rzadko kiedy dawał jakiekolwiek powikłania, więc zasada „primum non nocere” była spełniona. ;-) Państwo smacznie nadal spało.

Żeby uwiarygodnić detralex w leczeniu choroby hemoroidalnej firma S. z początkiem XXI w. „przekonała” pewną warszawską klinikę, od kierownika począwszy na ostatnim asystencie skończywszy. W efekcie, za pieniądze firmy S., cały zespół kliniki pielgrzymował po Polsce powiatowej i organizował „spotkania naukowe” z miejscowymi dochtorami tłumacząc im konieczność sześciokrotnie większego dawkowania detralexu w chorobie hemoroidalnej. W tym celu wynajmowano najlepszą knajpę w powiecie i zapraszano na darmową wyżerkę lokalsów medycznych. Wyżerka była poprzedzona kilkunastominutowym „wykładem” klinicznego dochtora w pełni potwierdzającym skuteczność leczenia choroby hemoroidalnej detralexem. Przypominam, miało to miejsce w czasie kiedy we Francji szykowano się do skreślenia tego specyfiku z listy leków za „niedziałanie”!!!

Powiatowy dochtor rzadko kiedy miał wiedzę nt. niedziałania detralexu. Przyczyna tego była prosta - publikacje tak niewygodne dla firmy S., w polskojęzycznej prasie fachowej jakoś przebić się nie mogły. Nawet jeżeli doktor ja miał jakas wiedzę negatywną, to osobiste zaangażowanie „warszawskich autorytetów” odbierało mu zazwyczaj resztki rozumu. W tamtych czasach „złe języki” opowiadały mi, że efektem ubocznym takiej kolacji było zgromadzenie szczegółowych danych osobowych uczestników i miejsc ich ordynacji. W krótkim czasie pojawiał się w tych miejscach rep i przy pomocy „torby z długopisami” namawiał do wypisywania detralexu… przez kalkę. Roztaczał przy tym miraże wakacji na Seszelach sponsorowanych przez f-mę S. – oczywiście tylko dla „liderów sprzedaży” Kalki recept rep zbierał przy następnej wizycie i pędził do miejscowej apteki, gdzie podkorumpowany personel potwierdzał realizacje. Bonusy były tylko za zrealizowane recepty. Tak mówiły „złe języki”, a ja dowodów procesowych nie posiadam.:-)

Detralex kosztował wtedy już 4 x mniej niż pierwotnie, ale przy 6 x większej dawce i tak dawał większy zysk, no i ta opieka repów i te Seszele na horyzoncie.;-) Państwo smacznie spało!

W 2005r. skreślono we Francji detralex z listy leków, ale nie w PL. Dopiero w 2009 ktoś się obudził http://www.rynekaptek.pl/polityka-lekowa/detralex-pozostanie-na-rynku-do-2012-roku,79.html W 2010r. skreślono w końcu detralex z polskiego lekospisu. Wydawałoby się, że powinien on zniknąć z aptek tego samego dnia, ale jak mawiał ZuluGula: „Polska to bardzo dziwna kraj”. Ostatnie apteki handlowały detralexem jeszcze w 2013r.!!! Czyżby ten wieloletni „sen” i powolne budzenie się były jakoś stymulowane przez firmę S.?

Powyższy przydługi opis ma czytelnikowi uzmysłowić jak ogromne pieniądze tkwią w handlu lekami i jak bezwzględni są handlarze w generowaniu pieniędzy.

 

„Refundacja leków”, czyli trzeci rodzaj prawdy wg. pewnego księdza z Krakówka

Blisko rok po objęciu władzy przez AWS słowo stało się ciałem, czyli powołano do życia Chore Kasy, a z nimi zaczęła się era tzw. refundacji leków.

Dla człeka prostego(takiego jak np. ja), pojęcie „refundacja” realizuje się wtedy, kiedy prosty człek coś kupuje, a ktoś oddaje mu cenę lub jej część. Między pojęciem refundacji, w rozumieniu prostego człeka, a pojęciem refundacji w rozumieniu „wadzy” jest taka różnica jaka istnieje między „demokracją” a „demokracją socjalistyczną”. Dla zbyt młodych aby ad oculos(czyt. na własnej d….) poznać „demokrację socjalistyczną” użyję innego porównania – jak między „krzesłem”, a „krzesłem elektrycznym”. To co „wadza” nazywa refundacją, de facto refundacją nie jest!. A czym jest? Jest kryminogennym sponsoringiem takich zło… chciałem powiedzieć koncernów farmaceutycznych jak opisana we wstępie firma S.

Państwo polskie, a konkretnie jacyś, zazwyczaj anonimowi, ludkowie, może z MZ, a może nie, negocjują z producentem danego leku i podpisują z nim umowę na dostawę określonej jego ilości po określonej cenie w określonym czasie, cenie zazwyczaj niższej niż średnia hurtowa cena producenta oferowana na polskim rynku. W zamian, państwo gwarantuje producentowi, że zapłaci mu różnicę w cenie między ceną wolnorynkową, a cena sprzedaży leku hurtownikom. Ponieważ znakomita większość producentów leków ma HQ poza Polską wiec ta kwota prawie w całości wypływa z Kraju, zasilając rynki obce, głównie francuski, niemiecki i szwajcarski. Jak duża jest to kwota? Ano duża, w 2014r. stanowiła ona 1/3 budżetu NFZ i wynosiła ponad 20 mld PLN. Jest o co się bić. Ten sposób „refundacji” powoduje ucieczkę z polskiego rynku ogromnych pieniędzy.

Rozważmy sytuację co się dzieje na rynku „producenta refundowanego”. Rynek producentów walczy o umowę refundacyjną, ale to nie jest walka konkurencyjna z innymi producentami, lecz poszukiwanie dojść do decydentów. Dla producenta będzie to tańsze rozwiązanie od normalnej konkurencji handlowej. Jeżeli obiekt walki (refundacja) zniknie z rynku producenta, to będzie on zmuszony do konkurencji z innymi producentami, ergo - cena oferowanego towaru spadnie.

Pan Hurtownik kupi leki po cenie obniżonej konkurencją. Być może na tym etapie zapłaci za lek więcej niż płacił za lek „refundowany”, ale sprzeda go panom Aptekarzom również za więcej, więc wyjdzie na swoje. Państwo też zarobi, bo od wyższej ceny większy będzie podatek. Niestety, pan Hurtownik straci źródło lewego zarobku na reeksporcie tanio kupionego leku np. do Niemiec. Zyska na tym polski pacjent, bo nie zabraknie leku na polskim rynku, tak jak to często miało miejsce dotychczas. Zyska też państwo, bo nie będzie zwrotu VAT za reeksport. Wycofanie refundacji leku z rynku producentów UZDROWI patologiczne zachowania podmiotów działających na hurtowym rynku leków. Jaka będzie wtedy faktyczna cena leku „x” w hurcie? Moim zdaniem nie musi być zawsze wyższa od obecnej po „refundacji”, będzie to zależne od stopnia obniżki ceny ofertowej producentów, wymuszonej naturalną grą rynkową!!!

Wycofując „refundację”, czyli de facto sponsoring producenta, uzdrowilibyśmy rynek na styku producent/hurtownik. Hurtownik dokładałby swoją marżę i sprzedawał lek detaliście/aptekarzowi. Ten dokłada swoją marżę i sprzedając lek pacjentowi. Pacjent bierze paragon i leci do Płatnika po przypisaną do leku refundację. Dostaje refundację do ręki i… WYDAJE JĄ NA POLSKIM RYNKU.

Trochę to kłopotliwe dla p. Pacjenta, ale gdyby p. Aptekarz, za niewielką, kilkugroszową opłatą, skredytowałby panu Pacjentowi refundację i raz na tydzień poszedł do Płatnika i odebrał swój kredyt… Te kilka groszy, zarobione na pacjencie za skredytowanie refundacji, pomnożone przez liczbę pacjentów dawałoby na tyle znaczącą kwotę, że p. Aptekarz z chęcią podjął by się tej niewdzięcznej funkcji aptecznego bankiera. Efektem przekierowania refundacji do pacjenta byłoby wpompowanie tych pieniędzy w polski rynek!

Dzisiaj PiS chwali się wpompowaniem na rynek krajowy 17 mld w postaci 500+. Nie podejmuję tu dyskusji o sposobie pompowania, wydaje się, że znam lepsze, ale takie jest „dzikie prawo” rządzących żeby robili to co oni uważają za słuszne! Kartka wyborcza powie, czy mieli rację czy błądzili;-)

Dobrze, że wpompowali, nakręciło to koniunkturę spożycia, podniosło PKB i zachęciło lud do… kopulacji bez zabezpieczeń. Te 17mld, pomijając koszty ich pozyskania, trzeba było jednak komuś zabrać żeby wypłacić je ludowi. Miliardów „refundacyjnych” nie trzeba nikomu zabierać. One już zostały zabrane w postaci składki zdrowotnej. Wystarczy je przekierować do pacjenta!!! Dlaczego do tej pory nikt na to nie wpadł? Czyżby jakiś „sponsoring”?

 

W tym miejscu wypada przejść do meritum…

Czy opisany wyżej, mechanizm przekierowania refundacji do pacjenta, czyli ma polski rynek, jest do przeprowadzenia w praktyce? Zabranie refundacji z poziomu producenta uaktywni wycie koncernów farmaceutycznych. Oczywiście paskudny pan Kaczor będzie faszystą i antysemitą, pani Becia marionetką, a ten Antoni to w ogóle… i inne tego typu bzdury. Będzie również słychać popiskiwania „macherów” od negocjacji z koncernami – nie muszę chyba tłumaczyć dlaczego;-) W te piski powinni się głęboko wsłuchiwać chłopcy z CBA;-) Osobiście wycia i popiskiwania nie lubię słuchać, ale kupię sobie zatyczki do uszu i jakoś przetrwam, bo po koncercie wycia i pisków przyjdzie żal za pieniądzem, a 38 mln ludzi to zbyt duży rynek aby zabrać zabawki i pójść do sąsiedniej piaskownicy.

A jak już żądza pieniądza wyciszy wycie i piski to wyjce wrócą do stołu negocjacyjnego z podkulonymi ogonami. Z takim partnerem nie prowadzi się negocjacji win-win, ale brutalne win-lose i to my będziemy win, a firmy farmaceutyczne "lose" Pisków też nie będzie słychać – w pierdlu na Rakowieckiej mają grube mury, o to - mam nadzieję - zadba p. Zbyszek:-).

Bezpośrednie przekazanie refundacji pacjentowi trudno sobie wyobrazić. Staruszka poruszająca się o lasce w kolejce do kasy Płatnika – byłoby to nieludzkie.

Przekierowanie refundacji do pań i panów Aptekarzy jest wykonalne i dla pacjenta wygodne. Państwo Aptekarstwo, jak poczują dodatkowe wynagrodzenie za kredytowanie chyba też nie będą protestować. Jest jednak jeden problem – „polskość aptek”. Jeszcze dwa lata temu 95% aptek było w polskich, rodzinnych rękach, co oznaczało, że refundacja odbierana przez państwo Aptekarstwo trafiałaby w 95% na polski rynek. Połapały się w tym różne niepolskie korpohieny, że można polskim Aptekarzom zabrać apteki i robią to intensywnie. Z miesiąca na miesiąc liczba polskich aptek maleje!!! Niepolskie korpohieny realizują koncepcję pewnego łajdaka, o nazwisku, podobno przybranym – Lewandowski, głoszącą, ze trzeba polski majątek wyprzedać obcemu kapitałowi, który utworzy w Polsce nowe miejsca pracy, bo przecież Polak nie musi kumulować kapitału – równie dobrze może być pracownikiem najemnym. Mam nadzieję, że dożyję dnia kiedy ten łajdak będzie w kamieniołomie produkował kostkę brukową.

Nie znam szczegółów ustawy „aptekarskiej”, uwalonej ostatnio przez byłego(?) bankstera, ale to co głośno powiedziano o przyczynach „uwalenia” poddaje w duuuużą wątpliwość czystość intencji pana Oberministra. Jeżeli rabunek polskich aptek nie zostanie szybko zatrzymamy to może zapytajmy Litwinów jak będzie. Oni już wiedzą, niestety

P.S.

Warto tu wspomnieć pewne wydarzenie które miało miejsce w początkach światowej epidemii AIDS w pewnym południowo-amerykańskim państwie. Ceny leków anty-AIDS oferowanych przez producentów na tamtejszy rynek były horrendalnie wysokie. Mając za plecami wściekłych pacjentów i pustki w kasie na leki, państwo to zagrało va banque. Poproszono przedstawicieli koncernów farmaceutycznych na rozmowę w stolicy. Tłuści misiowe przybyli i… przyjął ich baaardzo duży miś, nie prosił siadać, nie dał kawy i oświadczył: macie 24h na przedstawienie nowych cen, nie wyższych niż… Jeżeli tego nie zrobicie, to w 25 godzinie moje państwo przestanie respektować prawo patentowe, a w 26 godzinie rozpocznie masową produkcję generyków w ilości zaspokajającej nasze potrzeby i całego kontynentu. Tu macie próbki generyków, żeby nie było, że blefuję. Teraz wynocha! Za 24h moja sekretarka odbierze telefon z waszą odpowiedzią: „Sim ou Não”, a teraz sp…dalać.

Podobno okoliczności i treść przemowy grubego misia do tłustych misiów są autentyczne. Dzisiaj ten kraj uchodzi za światowego lidera w walce z AIDS, a bezpłatne leki p. HIV mają wpisane do Konstytucji.

Wtedy to państwo było wielokrotnie większym rynkiem niż nasz, ale może warto spróbować takiej formy negocjacji z producentami, warunkiem powodzenia są „bolas” we właściwym miejscu. Kto ma "bolas" w mosznie?

 

xylen

 

Pani PBS obiecała w kampanii wyborczej 500+ i od 01.04. chyba wprowadzi ten program. Mało mówi się o najbardziej istotnej funkcji programu - ma on zdopingować PKB do wzrostu poprzez skierowanie tych pieniędzy na rynek konsumpcyjny. Idea ze wszech miar słuszna i Polsce bardzo potrzebna. Gdyby udało "nakręcić" tymi 17-toma mld wzrost PKB, to obecnej władzy należy się za to najwyższy szacunek i uznanie. Niestety, te 17 mld trzeba komuś najpierw zabrać aby można je było rozdystrybuować wśród polskich rodzin. A co będzie jeżeli program spowoduje wzrost "dzietności"? Rząd będzie miał narastający problem w kolejnych latach - skąd wydobyć kolejne miliardy na realizację programu 500+. 

Proponujemy rządowi RP znacznie lepszy sposób na "podkręcenie" PKB. Wiemy jak i skąd brać corocznie ok. 23 mld PLN na rozkręcenie gospodarki. Kwota ta przewyższa istotnie kwotę 17 mld złotych, przewidywanych do wprowadzenia na rynek w roku 2016, w następstwie programu rządowego 500+, oraz jest pozbawiona podstawowej wady kwot koniecznych do realizacji programu 500+ - kwota 23 mld złotych „fizycznie istnieje” i nie musi być „wygospodarowywana”. 

 

Gdzie są te miliardy? 

Pieniądze są w budżecie NFZ-u i w prosty sposób, bez szkody dla chorych,  mogą stać się kołem zamachowym polskiej gospodarki.

Budżet Narodowego Funduszu Zdrowia w roku 2015 wyniósł blisko 70 mld PLN. Jedna trzecia tej kwoty, ok. 23mld PLN, została wydatkowana na finansowanie refundacji leków. Problem w tym, że adresatem tych pieniędzy są producenci leków i wyrobów medycznych. Jeżeli dokładnie przyjrzeć się strukturze właścicielskiej beneficjentów refundacji, to okaże się, że ogromna większość  gigantycznej kwoty 23 mld PLN trafia do firm zagranicznych i jest transferowana poza Polskę. Ergo – Narodowy Fundusz Zdrowia rozkręca koniunkturę na rynkach Niemiec, Francji, Szwajcarii i innych państw naszymi, polskimi pieniędzmi, pochodzącymi ze składki zdrowotnej obywateli RP!

Nasze pieniądze, czyli pieniądze pochodzące od Suwerena państwa polskiego, powinny trafiać na polski rynek i tu generować wzrost PKB. Nie widzę powodu, aby było inaczej. Tym bardziej, że istotą refundacji leków jest ulżenie chorym w ponoszeniu kosztów leczenia. Dlatego proponuję przekierowanie refundacji leków do pacjenta. Refundacja leków polega na częściowym obniżeniu ich ceny aby pacjent de facto płacił mniej niż wynosi rynkowa cena leku. 

W tym celu tworzona jest lista leków refundowanych. Pominę opis drogi jaką przebywa dany preparat zanim trafi na listę leków refundowanych, to bardziej zadanie dla fachowców z CBA niż dla zarządzających ochroną zdrowia. Refundacja polega na dopłaceniu różnicy między ceną rynkową leku a ceną za jaką hurtownik kupuje lek od producenta. Beneficjentem refundacji jest więc dzisiaj producent. Polski hurtownik kupuje lek od producenta po cenie obniżonej refundacją. Jeżeli np. producent oferuje lek „A”, kosztujący 25 złotych, ale otrzymuje 20 złotych refundacji, to hurtownik kupi lek „A” za kwotę 5 złotych. W tym miejscu pojawia się pierwszy problem - hurtownik widząc, że może ten lek sprzedać aptece za 5 zł + urzędowa marża, ale przy sprzedaży zagranicznej uzyska zań 10 zł, to komu sprzeda lek? Za rządów min. Arłukowicza, tym sposobem wyparowały z Polski leki p. nowotworowe i trzeba było szybko pisać kolejną ustawę zabraniającą hurtownikom zarabiania pieniędzy.

Co to ma wspólnego z wolnym rynkiem? NIC!

Wystarczy jednak zaprzestać negocjacji Min. Zdrowia z producentami i zaproponować im wyłącznie sprzedaż wolnorynkową. Czy wtedy lek „A” hurtownik będzie mógł kupić za 25 zł? Tak, ale inny producent być może zaproponuje taki sam preparat za 20PLN. Od kogo hurtownik kupi lek „A”? Na poziom producent-hurtownik automatycznie powróci wolny rynek i wymusi konkurencję, co zawsze prowadziło, prowadzi i będzie prowadzić do obniżki cen.

1Hurtownik, zakupiony taniej lek, zaoferuje aptece lek „A” za 20 zł + marża urzędowa, ale apteka - zgodnie z prawami wolnego rynku - będzie szukała innego hurtownika, który sprzeda lek „A” za… 19 zł + marża urzędowa.  Na poziom hurtownik – apteka powróci konkurencja.

2Apteka będzie się starała kupić lek najtaniej, powiedzmy, ze zakupi go za 23 zł(cena zakupu hurtownika + marża). i zaoferuje pacjentowi za 25 zł(cena zakupu apteki + marża). Pacjent oczywiście poszuka apteki gdzie będzie mógł kupić lek taniej, bo takie są zasady wolnego rynku. Załóżmy, że 25 zł to najniższa cena w aptece - pacjent kupuje lek, ale w tym miejscu zaczyna działać nowy model refundacji leków. Pacjent może kupić lek, wziąć paragon na 25 zł  i udać się do kasy NFZu po 20 złotych refundacji. W takim układzie ostateczny koszt leku dla pacjenta wyniesie 5zł + koszta związane z odzyskaniem 20 zł refundacji. W ten sposób refundacja trafi do pacjenta i z jego kieszeni na rynek!

Apteka może jednak zaproponować pacjentowi sprzedaż leku za 5,05 PLN i to apteka odbierze sobie refundację w NFZ. Pacjent może pójść na ten układ, a może poszukać konkurencyjnej apteki, gdzie kupi lek za 4,95 PLN. Wolny rynek powróci na poziom apteka-pacjent, a 20 PLN refundacji, albo trafi do kieszeni pacjenta, albo do kieszeni aptekarza. Obaj wydadzą te pieniądze na polskim rynku.

Celowo pomijam tu szczegóły, ale moim celem jest wskazanie mechanizmu skierowania na rynek 23 mld PLN, a nie sposobów realizacji. To nie jest prosty projekt, wymaga on wiele pracy wielu specjalistów, ale przede wszystkim wymaga on patrzenia na interes państwa, a nie interes  kieszeni producentów. Oczywiście znacznym ułatwieniem realizacji byłaby tzw. recepta elektroniczna, i karta chipowa jako dowód ubezpieczenia społecznego. To są jedynie niektóre  szczegóły wymagające dalszej dyskusji.

Jak znam życie taki model napotka znaczny opór materii, bo proponowane zmiany rozbiłyby w pył rozliczne układy i układziki. Ze swej strony podejmuję się podjąć polemikę z decydentami przeciwnymi przekierowaniu refundacji do pacjenta.

W przeciwieństwie do projektu 500+, te 23 mld są już w kasie i nie trzeba ich szukać, wystarczy tylko je przekierować, na polski rynek.

 

xylen