Zamiast wstepu

Pomimo, że nie byłem i nie jestem bezkrytycznym fanem obecnej „wadzy”, to wraz moją kartką wyborczą dałem jej duży kredyt zaufania. Od początku ich działań obserwuję dość dokładnie co robi kredytowana przeze mnie „wadza” i bilans tych obserwacji powoduje zmniejszenie kwoty kredytu. Obecnie nie widzę jeszcze zagrożenia dla ich „zdolności kredytowej” w moim banku zaufania, ale prognozę z A+ zmieniam obecnie na B z tendencja neutralna.

Nie jestem ekspertem od rynku farmaceutycznego, nie mam własnej apteki i nawet nie mam apteki „w rodzinie”. „Siedzę” jednak od kilkudziesięciu lat w branży medycznej, wiec siła rzeczy obserwuję, nieprofesjonalnym okiem wprawdzie, co się dzieje na rynku farmaceutycznym w PL. Wnioski z tych obserwacji mam raczej niewesołe.

 

Jak się robi „wały”, czyli moralność w biznesie farmaceutycznym.

Pierwsze moje obserwacje przeprowadzałem w latach 60-tych. Warto przypomnieć, że lata 60-te XX w. to były takie dziwne czasy kiedy za „wał w mięsie” niejaki Wawrzecki dostał KS i Rada Państwa nie skorzystała z prawa łaski! Ergo - powiesili chłopa.

Dzisiaj pewnie mało kto pamięta z tamtych lat „aferę Gnata i Potockiego”, którzy to panowie zakupili „centralnie” taki zapas leków psychiatrycznych, że znaczna część tego zakupu przeterminowała się. Ponieważ panowie ci urzędowali na Miodowej zapewne nie kupowali zapasu bezinteresownie. KS-a nie dostali.

Po roku 89’ apteki „sprywatyzowały się” i powstał rzekomo wolny rynek leków. Przez blisko 10 lat aptekarze bogacili się i dobrze. Niestety, państwo niewiele z tego miało, bo producenci - rekiny farmaceutyczne - doili to państwo ile się dało. Jaka była skala tego „udoju”? Gigantyczna!!!

Weźmy np. taki detralex. Producentem tego cuda była firma S. o której to firmie złe języki mówiły, że korupcja jest ich oficjalną metodą lobbingu i są w tym najlepsi. Repy (reprezentanci) firmy S. jeździły po dochtorach i cuda na drągu opowiadały o detralexie. Przy okazji instruowały dochtorów jak ulżyć finansowo pacjentowi. Opakowanie detralexu kosztowało wtedy ponad 100PLNów, ale wypisanie go na zielonej(100% bezpłatnej recepcie) powodowało, że chory otrzymywał detralex za friko. Korumpowano więc dochtorów żeby pisali na „zielonym” masowo. Dochtory dawały się korumpować kilkoma długopisami. Producent detralexu wystawiał polskiemu państwu rachunek na 100%, a państwo, czyli MY, płaciło jak za zboże. Firma S. zgarnęła w ten sposób gruuuube miliony PLNów z naszych polskich kieszeni. Państwo spało.

Teoretycznie, po likwidacji „zielonych” recept finansowy sukces firmy S. szlag jasny trafi powinien – nic takiego się nie stało. Nawet powołanie do życia Kas Chorych w 98’ nie przyniosło uszczerbku firmie. W końcówce lat 90-tych nad detralexem zaczęły gromadzić się czarne chmury, ale we Francji. Zaczęły się odzywać głosy, że ten cudowny lek w ogóle nie działa. Ostatecznie, we Francji skreślono go z listy leków w 2005r. Państwo polskie nadal spało!

Firma S., czując pismo nosem, zintensyfikowała „działania lobbingowe” w Polsce. Rozochocona dotychczasowym „sukcesem” handlowym wpadła na genialny w swojej prostocie pomysł… rozszerzono wskazania dla użycia detralexu na… chorobę hemoroidalną!!!

Chorobę hemoroidalną, zwana w slangu medycznym żylakami odbytu, ma co drugi polski obywatel po 35 r.ż. Choroba hemoroidalna nie boli więc jest zazwyczaj lekceważona przez pacjentów, do czasu pierwszego zakrzepu guzków krwawniczych(hemoroidów), który jest koszmarem dla chorego. Każdy kto miał okazję poznać tę „przyjemność” wyda ostatnie pieniądze za wyleczenie tej choroby. Na tym prawdopodobnie oparto w firmie S. pomysł z detralexem jako „lekiem na hemoroidy”

Problem w tym, że detralex nie leczył choroby hemoroidalnej. Podobnie, nie leczył żylaków kończyn, do leczenia których był masowo stosowany. Nie przeszkadzało to „szpecom” od detralexu wciskać ciemnotę, że leczy żylaki KD i żylaki odbytu, ale te ostatnie dopiero w 6-cio krotnie większej dawce. Marketingowe mistrzostwo świata! Tym bardziej, że detralex rzadko kiedy dawał jakiekolwiek powikłania, więc zasada „primum non nocere” była spełniona. ;-) Państwo smacznie nadal spało.

Żeby uwiarygodnić detralex w leczeniu choroby hemoroidalnej firma S. z początkiem XXI w. „przekonała” pewną warszawską klinikę, od kierownika począwszy na ostatnim asystencie skończywszy. W efekcie, za pieniądze firmy S., cały zespół kliniki pielgrzymował po Polsce powiatowej i organizował „spotkania naukowe” z miejscowymi dochtorami tłumacząc im konieczność sześciokrotnie większego dawkowania detralexu w chorobie hemoroidalnej. W tym celu wynajmowano najlepszą knajpę w powiecie i zapraszano na darmową wyżerkę lokalsów medycznych. Wyżerka była poprzedzona kilkunastominutowym „wykładem” klinicznego dochtora w pełni potwierdzającym skuteczność leczenia choroby hemoroidalnej detralexem. Przypominam, miało to miejsce w czasie kiedy we Francji szykowano się do skreślenia tego specyfiku z listy leków za „niedziałanie”!!!

Powiatowy dochtor rzadko kiedy miał wiedzę nt. niedziałania detralexu. Przyczyna tego była prosta - publikacje tak niewygodne dla firmy S., w polskojęzycznej prasie fachowej jakoś przebić się nie mogły. Nawet jeżeli doktor ja miał jakas wiedzę negatywną, to osobiste zaangażowanie „warszawskich autorytetów” odbierało mu zazwyczaj resztki rozumu. W tamtych czasach „złe języki” opowiadały mi, że efektem ubocznym takiej kolacji było zgromadzenie szczegółowych danych osobowych uczestników i miejsc ich ordynacji. W krótkim czasie pojawiał się w tych miejscach rep i przy pomocy „torby z długopisami” namawiał do wypisywania detralexu… przez kalkę. Roztaczał przy tym miraże wakacji na Seszelach sponsorowanych przez f-mę S. – oczywiście tylko dla „liderów sprzedaży” Kalki recept rep zbierał przy następnej wizycie i pędził do miejscowej apteki, gdzie podkorumpowany personel potwierdzał realizacje. Bonusy były tylko za zrealizowane recepty. Tak mówiły „złe języki”, a ja dowodów procesowych nie posiadam.:-)

Detralex kosztował wtedy już 4 x mniej niż pierwotnie, ale przy 6 x większej dawce i tak dawał większy zysk, no i ta opieka repów i te Seszele na horyzoncie.;-) Państwo smacznie spało!

W 2005r. skreślono we Francji detralex z listy leków, ale nie w PL. Dopiero w 2009 ktoś się obudził http://www.rynekaptek.pl/polityka-lekowa/detralex-pozostanie-na-rynku-do-2012-roku,79.html W 2010r. skreślono w końcu detralex z polskiego lekospisu. Wydawałoby się, że powinien on zniknąć z aptek tego samego dnia, ale jak mawiał ZuluGula: „Polska to bardzo dziwna kraj”. Ostatnie apteki handlowały detralexem jeszcze w 2013r.!!! Czyżby ten wieloletni „sen” i powolne budzenie się były jakoś stymulowane przez firmę S.?

Powyższy przydługi opis ma czytelnikowi uzmysłowić jak ogromne pieniądze tkwią w handlu lekami i jak bezwzględni są handlarze w generowaniu pieniędzy.

 

„Refundacja leków”, czyli trzeci rodzaj prawdy wg. pewnego księdza z Krakówka

Blisko rok po objęciu władzy przez AWS słowo stało się ciałem, czyli powołano do życia Chore Kasy, a z nimi zaczęła się era tzw. refundacji leków.

Dla człeka prostego(takiego jak np. ja), pojęcie „refundacja” realizuje się wtedy, kiedy prosty człek coś kupuje, a ktoś oddaje mu cenę lub jej część. Między pojęciem refundacji, w rozumieniu prostego człeka, a pojęciem refundacji w rozumieniu „wadzy” jest taka różnica jaka istnieje między „demokracją” a „demokracją socjalistyczną”. Dla zbyt młodych aby ad oculos(czyt. na własnej d….) poznać „demokrację socjalistyczną” użyję innego porównania – jak między „krzesłem”, a „krzesłem elektrycznym”. To co „wadza” nazywa refundacją, de facto refundacją nie jest!. A czym jest? Jest kryminogennym sponsoringiem takich zło… chciałem powiedzieć koncernów farmaceutycznych jak opisana we wstępie firma S.

Państwo polskie, a konkretnie jacyś, zazwyczaj anonimowi, ludkowie, może z MZ, a może nie, negocjują z producentem danego leku i podpisują z nim umowę na dostawę określonej jego ilości po określonej cenie w określonym czasie, cenie zazwyczaj niższej niż średnia hurtowa cena producenta oferowana na polskim rynku. W zamian, państwo gwarantuje producentowi, że zapłaci mu różnicę w cenie między ceną wolnorynkową, a cena sprzedaży leku hurtownikom. Ponieważ znakomita większość producentów leków ma HQ poza Polską wiec ta kwota prawie w całości wypływa z Kraju, zasilając rynki obce, głównie francuski, niemiecki i szwajcarski. Jak duża jest to kwota? Ano duża, w 2014r. stanowiła ona 1/3 budżetu NFZ i wynosiła ponad 20 mld PLN. Jest o co się bić. Ten sposób „refundacji” powoduje ucieczkę z polskiego rynku ogromnych pieniędzy.

Rozważmy sytuację co się dzieje na rynku „producenta refundowanego”. Rynek producentów walczy o umowę refundacyjną, ale to nie jest walka konkurencyjna z innymi producentami, lecz poszukiwanie dojść do decydentów. Dla producenta będzie to tańsze rozwiązanie od normalnej konkurencji handlowej. Jeżeli obiekt walki (refundacja) zniknie z rynku producenta, to będzie on zmuszony do konkurencji z innymi producentami, ergo - cena oferowanego towaru spadnie.

Pan Hurtownik kupi leki po cenie obniżonej konkurencją. Być może na tym etapie zapłaci za lek więcej niż płacił za lek „refundowany”, ale sprzeda go panom Aptekarzom również za więcej, więc wyjdzie na swoje. Państwo też zarobi, bo od wyższej ceny większy będzie podatek. Niestety, pan Hurtownik straci źródło lewego zarobku na reeksporcie tanio kupionego leku np. do Niemiec. Zyska na tym polski pacjent, bo nie zabraknie leku na polskim rynku, tak jak to często miało miejsce dotychczas. Zyska też państwo, bo nie będzie zwrotu VAT za reeksport. Wycofanie refundacji leku z rynku producentów UZDROWI patologiczne zachowania podmiotów działających na hurtowym rynku leków. Jaka będzie wtedy faktyczna cena leku „x” w hurcie? Moim zdaniem nie musi być zawsze wyższa od obecnej po „refundacji”, będzie to zależne od stopnia obniżki ceny ofertowej producentów, wymuszonej naturalną grą rynkową!!!

Wycofując „refundację”, czyli de facto sponsoring producenta, uzdrowilibyśmy rynek na styku producent/hurtownik. Hurtownik dokładałby swoją marżę i sprzedawał lek detaliście/aptekarzowi. Ten dokłada swoją marżę i sprzedając lek pacjentowi. Pacjent bierze paragon i leci do Płatnika po przypisaną do leku refundację. Dostaje refundację do ręki i… WYDAJE JĄ NA POLSKIM RYNKU.

Trochę to kłopotliwe dla p. Pacjenta, ale gdyby p. Aptekarz, za niewielką, kilkugroszową opłatą, skredytowałby panu Pacjentowi refundację i raz na tydzień poszedł do Płatnika i odebrał swój kredyt… Te kilka groszy, zarobione na pacjencie za skredytowanie refundacji, pomnożone przez liczbę pacjentów dawałoby na tyle znaczącą kwotę, że p. Aptekarz z chęcią podjął by się tej niewdzięcznej funkcji aptecznego bankiera. Efektem przekierowania refundacji do pacjenta byłoby wpompowanie tych pieniędzy w polski rynek!

Dzisiaj PiS chwali się wpompowaniem na rynek krajowy 17 mld w postaci 500+. Nie podejmuję tu dyskusji o sposobie pompowania, wydaje się, że znam lepsze, ale takie jest „dzikie prawo” rządzących żeby robili to co oni uważają za słuszne! Kartka wyborcza powie, czy mieli rację czy błądzili;-)

Dobrze, że wpompowali, nakręciło to koniunkturę spożycia, podniosło PKB i zachęciło lud do… kopulacji bez zabezpieczeń. Te 17mld, pomijając koszty ich pozyskania, trzeba było jednak komuś zabrać żeby wypłacić je ludowi. Miliardów „refundacyjnych” nie trzeba nikomu zabierać. One już zostały zabrane w postaci składki zdrowotnej. Wystarczy je przekierować do pacjenta!!! Dlaczego do tej pory nikt na to nie wpadł? Czyżby jakiś „sponsoring”?

 

W tym miejscu wypada przejść do meritum…

Czy opisany wyżej, mechanizm przekierowania refundacji do pacjenta, czyli ma polski rynek, jest do przeprowadzenia w praktyce? Zabranie refundacji z poziomu producenta uaktywni wycie koncernów farmaceutycznych. Oczywiście paskudny pan Kaczor będzie faszystą i antysemitą, pani Becia marionetką, a ten Antoni to w ogóle… i inne tego typu bzdury. Będzie również słychać popiskiwania „macherów” od negocjacji z koncernami – nie muszę chyba tłumaczyć dlaczego;-) W te piski powinni się głęboko wsłuchiwać chłopcy z CBA;-) Osobiście wycia i popiskiwania nie lubię słuchać, ale kupię sobie zatyczki do uszu i jakoś przetrwam, bo po koncercie wycia i pisków przyjdzie żal za pieniądzem, a 38 mln ludzi to zbyt duży rynek aby zabrać zabawki i pójść do sąsiedniej piaskownicy.

A jak już żądza pieniądza wyciszy wycie i piski to wyjce wrócą do stołu negocjacyjnego z podkulonymi ogonami. Z takim partnerem nie prowadzi się negocjacji win-win, ale brutalne win-lose i to my będziemy win, a firmy farmaceutyczne "lose" Pisków też nie będzie słychać – w pierdlu na Rakowieckiej mają grube mury, o to - mam nadzieję - zadba p. Zbyszek:-).

Bezpośrednie przekazanie refundacji pacjentowi trudno sobie wyobrazić. Staruszka poruszająca się o lasce w kolejce do kasy Płatnika – byłoby to nieludzkie.

Przekierowanie refundacji do pań i panów Aptekarzy jest wykonalne i dla pacjenta wygodne. Państwo Aptekarstwo, jak poczują dodatkowe wynagrodzenie za kredytowanie chyba też nie będą protestować. Jest jednak jeden problem – „polskość aptek”. Jeszcze dwa lata temu 95% aptek było w polskich, rodzinnych rękach, co oznaczało, że refundacja odbierana przez państwo Aptekarstwo trafiałaby w 95% na polski rynek. Połapały się w tym różne niepolskie korpohieny, że można polskim Aptekarzom zabrać apteki i robią to intensywnie. Z miesiąca na miesiąc liczba polskich aptek maleje!!! Niepolskie korpohieny realizują koncepcję pewnego łajdaka, o nazwisku, podobno przybranym – Lewandowski, głoszącą, ze trzeba polski majątek wyprzedać obcemu kapitałowi, który utworzy w Polsce nowe miejsca pracy, bo przecież Polak nie musi kumulować kapitału – równie dobrze może być pracownikiem najemnym. Mam nadzieję, że dożyję dnia kiedy ten łajdak będzie w kamieniołomie produkował kostkę brukową.

Nie znam szczegółów ustawy „aptekarskiej”, uwalonej ostatnio przez byłego(?) bankstera, ale to co głośno powiedziano o przyczynach „uwalenia” poddaje w duuuużą wątpliwość czystość intencji pana Oberministra. Jeżeli rabunek polskich aptek nie zostanie szybko zatrzymamy to może zapytajmy Litwinów jak będzie. Oni już wiedzą, niestety

P.S.

Warto tu wspomnieć pewne wydarzenie które miało miejsce w początkach światowej epidemii AIDS w pewnym południowo-amerykańskim państwie. Ceny leków anty-AIDS oferowanych przez producentów na tamtejszy rynek były horrendalnie wysokie. Mając za plecami wściekłych pacjentów i pustki w kasie na leki, państwo to zagrało va banque. Poproszono przedstawicieli koncernów farmaceutycznych na rozmowę w stolicy. Tłuści misiowe przybyli i… przyjął ich baaardzo duży miś, nie prosił siadać, nie dał kawy i oświadczył: macie 24h na przedstawienie nowych cen, nie wyższych niż… Jeżeli tego nie zrobicie, to w 25 godzinie moje państwo przestanie respektować prawo patentowe, a w 26 godzinie rozpocznie masową produkcję generyków w ilości zaspokajającej nasze potrzeby i całego kontynentu. Tu macie próbki generyków, żeby nie było, że blefuję. Teraz wynocha! Za 24h moja sekretarka odbierze telefon z waszą odpowiedzią: „Sim ou Não”, a teraz sp…dalać.

Podobno okoliczności i treść przemowy grubego misia do tłustych misiów są autentyczne. Dzisiaj ten kraj uchodzi za światowego lidera w walce z AIDS, a bezpłatne leki p. HIV mają wpisane do Konstytucji.

Wtedy to państwo było wielokrotnie większym rynkiem niż nasz, ale może warto spróbować takiej formy negocjacji z producentami, warunkiem powodzenia są „bolas” we właściwym miejscu. Kto ma "bolas" w mosznie?

 

xylen