Pomysł procedury odwoławczej pierwotnie miał dyscyplinować posłów, ale doskonale sprawdzi się w przypadku wszystkich stanowisk pochodzących z wyboru. Można się nawet pokusić o zapisanie tej procedury w przyszłej polskiej Konstytucji. Wtedy stałaby się gwarancją demokracji.

Procedurę tę widzę następująco -  10% podpisów za odwołaniem, obliczone z wyniku wyborczego "wybrańca", uzyskane od  uprawnionych do danego głosowania, powinno skutkować a-u-t-o-m-a-t-y-c-z-n-y-m referendum. Podkreślam "referendum", bo jest ono formą wyborów. W żadnym wypadku, nie można odwoływać "wybrańca" zbieraniem podpisów. Dlatego proponuję aby 10% podpisów uruchamiało automatyczną procedurę odwoławczą w formie referendum. Zasady referendum muszą być inne dla odwołań członków ciał kolegialnych, a inne do odwołań osób ze stanowisk jednoosobowych. W wypadku ciał kolegialnych:

  • Referendum będzie ważne jeżeli za odwołaniem zagłosuje 50% + 1 biorących udział w referendum!
  • Po odwołaniu "wybrańca" jego miejsce nie podlega uzupełnieniu do końca kadencji
  • Jeżeli odwołania pojedynczych członków ciała kolegialnego przekroczą 20% stanu osobowego danego ciała to kadencja pozostałych członków wygasa automatycznie i uruchamia ponowną procedurę wyborczą
  • Odwołany "wybraniec" powinien tracić bierne prawo wyborcze na dwie kadencje.

Zapewne zaraz usłyszę głosy, że taka "łatwa" procedura doprowadzi do chaosu. Uważam, że społeczeństwo nie jest głupie, a jedynie niepoinformowane. Jeżeli przyjmiemy zasadę 10% podpisów ze 100% głosów na "wybrańca" to - przyznaję - może być łatwe. Natomiast 10% podpisów nie odwołuje "wybrańca", to jedynie jest podstawą prawną do ogłoszenia referendum w sprawie odwołania. O odwołaniu, lub nie, decyduje referendum zwykłą większością głosów. Dlatego procedura jego uruchomienia powinna być łatwa. Można dyskutować czy ma to być 5%, czy 10%, czy może 20% podpisów, ale nie wolno "odwoływać jedynie podpisami"!

Przyjmijmy, że podpisy zebrano w drodze hucpy i ktoś próbuje odwołać dobrego "wybrańca". Jeżeli tenże jest naprawdę dobry,  to mądrość wyborców nie pozwoli go odwołać!!! Nie pozwoli go odwołać również drugie "zabezpieczenie" - utrata "swojego wybrańca" do końca kadencji, bo warunkiem działania takiego zabezpieczenia jest zablokowanie wejścia "drugiego z listy". Gdyby "drugi" wchodził automatycznie po odwołaniu pierwszego, to wybory trwałyby na okrągło przez całą kadencję.;-)

Nieco inaczej wyglądałaby procedura odwoławcza dla stanowisk jednoosobowych:

  • 10% podpisów za wszczęciem procedury odwoławczej uruchamia referandum
  • Referendum będzie ważne jeżeli za odwołaniem zagłosuje 50% + 1 biorących udział w referendum!
  • Po odwołaniu "wybrańca" jego miejsce  podlega natychmiastowemu uzupełnieniu w drodze tego samego referendum, ale kadencja nowego "wybarńca" nie ulega wydłużeniu.
  • Wyłączeni z kandydowania są wszyscy ubiegający się o wybór w pierwotnych wyborach.
  • Jeżeli procedura odwoławcza powtórzy się w czasie kadencji to w kolejnych referendach/wyborach wszyscy kandydaci starający się wcześniej o wybór tracą bierne prawo wyborcze, bez względu które miejsce zajęli.
  • Tak utracone bierne prawo wyborcze jest automatycznie przywracane przed wyborami terminowymi wynikającymi z upływu kadencji
  • Odwołany "wybraniec" powinien tracić bierne prawo wyborcze na dwie kadencje.

Mając tego typu "bat", działający i na "wybrańca" i na wyborców, nie musimy się obawiać bałaganu. Łatwość demokratycznego odwołania to g-w-a-r-a-n-c-j-a lojalności "wybrańca" w stosunku do wyborców. "Wybraniec"ł może  należeć do dowolnej partii, ale jego panem i władcą są WYBORCY:-))) 

 

Marek Ręcki, MBA

 

"Największe zagrożenie dla wolności człowieka jest wówczas kiedy się go zniewala, mówiąc mu jednocześnie, że czyni się go wolnym." 

św. JP II

"Największe zagrożenie dla wolności człowieka jest wówczas

kiedy się go zniewala, mówiąc mu jednocześnie,

że czyni się go wolnym." 

                                                                           św. JP II

 

Na początek hipoteza: "JOW-y  skutecznie zabetonują rynek wyborczy, dokładnie tak samo jak aktualna, proporcjonalna ordynacja D'Hondta." Osobiście nie mam najmniejszej wątpliwości, że powyższa hipoteza jest prawdziwa. Po co więc było tyle krzyku o Jednomandatowe Okręgi Wyborcze? Jedna z partii obecnych w Sejmie uczyniła nawet JOW-y sztandarem wyborczym, ale teraz coś o JOW-ach ucichło. Ucichło, bo po co wydawać pieniądze na rewolucję w ordynacji wyborczej jeżeli nic  nowego owa rewolucja nie wprowadzi? To najprostsza, a zarazem najszczersza i najbardziej prawdziwa odpowiedź!

Czym się różni system okręgów jednomandatowych od ordynacji D'Hondta. W zasadzie niczym, poza jednym, ale najbardziej istotnym - miejscem "wytwarzania" posła. Aby dzisiaj zostać "wybrańcem" Narodu trzeba trafić na listę wyborczą silnej partii, silnej dlatego, że musi pokonać próg wyborczy 5% głosów w skali kraju, żeby wprowadzić swoich kandydatów do Sejmu. Na partyjne listy nie trafia się "z ulicy"! Trzeba dotrzeć do osób układających listę i tak na nie wpłynąć, aby nazwisko kandydata trafiło na listę i to na tzw. "miejsce biorące". Jaka jest definicja miejsca biorącego? Najprościej rzecz ujmując można to zdefiniować następująco: im wyżej tym lepiej, a na "jedynce" najpewniej. "Hola, hola! Co ty gadasz dobry człowieku?" - zakrzykną czytający te słowa - "listy układa się przed wyborami, a to wyborcy wybierają..." Drodzy czytelnicy, z przykrością informuję, że to co mówicie jest trzecim rodzajem prawdy wg. definicji ks. Tischnera (cyt. gówno prowda).

W ordynacji, obecnie i miłościwie nam panującej, listy wyborcze układają prezesi partii i to oni, a nie wyborca, decydują o składzie osobowym Sejmu. Rolą wyborców jest wyłącznie kontrasygnata wyboru prezesów. "Miejsca biorące" są pochodną poparcia społecznego dla danej partii. Kukizowi starczyło poparcia społecznego prawie wyłącznie na "jedynki", gdyby miał takie poparcie jak partia Kaczyńskiego to pewnie i "szóstki" były "biorące", jak w PiSie :) Jedynym elementem, na który ma wpływ wyborca, jest liczba "miejsc biorących" na danej liście wyborczej.

Jeżeli JOW-y tak niewiele różnią sie od ordynacji wg. D'Hondta to po co je wprowadzać? Własnie po to czym się różnią. W systemie jednomandatowych okręgów wyborczych nie ma "list partyjnych". Oczywiście partia może zgłosić swoich kandydatów, ale będą oni umieszczeni na liście alfabetycznie z innymi kandydatami, miejsce na liście nie ma wpływu na szansę wyboru. W okręgu jednomandatowym każdy obywatel posiadający bierne prawo wyborcze ma prawo sam zgłosić się do Okręgowej Komisji Wyborczej, a ta ma obowiązek zarejestrowania go jako kandydata po okazaniu 10 podpisów poparcia od mieszkańców okręgu i wpłaceniu 2000 PLN "opłaty wyborczej", która zostanie zwrócona kandydatowi jeżeli wygra wybory.

Zapyta ktoś - czym będzie się różnił poseł wybrany w JOW od posła "partiokracyjnego" wybranego wg. ordynacji D'Hondta? Będzie różnił się "pracodawcą"!!! Obecnie "pracodawcą" posła jest jego partia, a konkretnie człowiek który umieścił nazwisko posła na "biorącym" miejscu listy. Posmakowawszy fruktów władzy ustawodawczej z kim najbardziej będzie się liczył poseł "partiokratyczny"? Oczywiście, że ze swoim dobroczyńcą, a nie z wyborcami, bo ci nie maja ty nic do gadania. Poseł wybrany w JOW-ie bedzie miał za pracodawcę w-y-b-o-r-c-ó-w. To dla nich będzie pracował i ich będzie słuchał, bo jego dalsza praca zależy od ich głosów. No i oczywiście taki wybór będzie demokratyczny.

Posła wybranego w JOW można łatwo ukarać w najbliższych wyborach, ale co robić w sytuacji kiedy poseł okaże się przestępcą? Dzisiaj praktycznie niewiele można zrobić do czasu prawomocnego wyroku karnego, a Temida nie działa szybko. Posła naruszającego standardy moralne nie można dzisiaj odwołać. 

Dlatego samo wprowadzenie JOW w miejsce ordynacji D'Hondta niewiele poprawi w jakości pracy "wybrańców". Aby znacząco zmobilizować posłów do pracy należy przygotować taka regulację prawną aby czuli oni przysłowiowy bat nad głową! Takim batem jest łatwa procedura odwoławcza posła w czasie kadencji. 

Procedurę tę widzę następująco -  10% podpisów za odwołaniem - liczone z wyniku wyborczego "wybrańca" - zebranych w okręgu, wśród uprawnionych do głosowania, powinno skutkować a-u-t-o-m-a-t-y-c-z-n-y-m referendum w okręgu. Podkreślam "referendum", bo jest ono formą wyborów. W żadnym wypadku, nie można odwoływać posła zbieraniem podpisów. Dlatego proponuję aby 10% podpisów uruchamiało automatyczną procedurę odwoławczą w formie referendum:

  • Referendum będzie ważne jeżeli za odwołaniem zagłosuje 50% + 1 biorących udział w referendum!
  • Po odwołaniu "wybrańca" okręg traci miejsce w parlamencie do końca bieżącej kadencji.
  • Odwołany "wybraniec" powinien tracić bierne prawo wyborcze na dwie kadencje.

Zapewne zaraz usłyszę głosy, że taka "łatwa" procedura doprowadzi do chaosu. Uważam, że społeczeństwo nie jest głupie, a jedynie niepoinformowane. Jeżeli przyjmiemy zasadę 10% podpisów ze 100% głosów na "wybrańca" to - przyznaję - może być łatwe. Natomiast 10% podpisów nie odwołuje "wybrańca", to jedynie jest podstawą prawną do ogłoszenia w okręgu referendum w sprawie odwołania. O odwołaniu, lub nie, decyduje referendum zwykłą większością głosów. Dlatego procedura jego uruchomienia powinna być łatwa. Można dyskutować czy ma to być 5%, czy 10%, czy może 20% podpisów, ale nie wolno "odwoływać jedynie podpisami"!

Przyjmijmy, że podpisy zebrano w drodze hucpy i ktoś próbuje odwołać dobrego posła. Jeżeli poseł jest naprawdę dobry, jeżeli działa dla swoich wyborców, jeżeli jest z nimi w stałym kontakcie, a wyborcy są zadowolenie z jego działań, to mądrość społeczeństwa nie pozwoli go odwołać!!! Nie pozwoli go odwołać również drugie "zabezpieczenie" - utrata "swojego wybrańca" do końca kadencji, bo warunkiem działania takiego zabezpieczenia jest zablokowanie wejścia "drugiego z listy". Gdyby "drugi" wchodził po odwołaniu pierwszego, to wtedy dopiero byłby niezgorszy bałagan:-)

Słyszałem również argumenty, że odwołanie w drodze referendum jest drogie. Jeżeli przyjmiemy, że kaucję wyborczą odzyskuje wyłącznie ten który wygrał, to okaże się, że Okręgowa Komisja Wyborcza, na której koncie te kaucje mają pozostać, może nie przyniesie zysku, ale znacznie obniży koszty swego działania.:-)

Mając tego typu "bat", działający i na "wybrańca" i na wyborców, nie musimy się obawiać bałaganu. Poseł wybrany w JOW + łatwość jego odwołania to g-w-a-r-a-n-c-j-a lojalności posła w stosunku do wyborców. Taki poseł może sobie należeć do dowolnej partii, ale jego panem i władcą są WYBORCY:-)))  

Dlatego dzisiaj koszmarem sennym posłów są JOW-y, bo zamiast obżerać się tanim(?) garmażem w paskudnej sejmowej knajpie, cuchnącej brudna ścierka na 30 m(sic!) trzeba będzie ruszyć pupę z warszawki i gonić do okręgu przymilać się wyborcom ;)

Marek Ręcki, MBA